Czym jest anime?
Czym dla mnie jest anime?
Czym dla mnie jest anime?
Zacznijmy od podstaw. Kogo ja
chcę oszukać – dla wielu ludzi każde anime sprowadza się do molestowania małoletnich,
fanserwisu, i 2D, a każdy oglądający nie wychodzi nigdy z szafy i pluje na 3D.
O ile takie uogólnienie nie jest
dalekie od prawdy, warto pamiętać o tym, iż nie wszystkie obrazki wrzucane na
Wykop są ściśle powiązane z ecchi i hentai. O nie – większość to po prostu
ładne dziewczęta w ładnych okolicznościach przyrody – tak jak wrzucane na
#fotografia widoczki. Wiele przedstawia też po prostu „wizje artystyczne”
postaci z anime – nierzadko całkiem głębokich i realnych.
A reszta to porno. Wielkie,
oślizgłe porno. I o ile „dorosłe sztuki to mniam, bo artyści jednak potrafią
rysować, o tyle mocno małoletnie też bym na #czarnolisto wrzucił. Ale jestem na
to zbyt leniwy, i po prostu tak to już jest z tym tematem.
Pamiętajmy jednak, że anime i
manga to wielomiliardowe biznesy, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Są
pornosy, są „okruchy życia”, serie o gotowaniu, harlequiny, sci-fi którego nie
powstydziłby się Philip K. Dick, fantastyczne mordobicia czy dramaty noir.
Najpopularniejsze są oczywiście lekkie serie z fanserwisem, bo te mają zwykle
największy nakład i są najczęściej postowane jako doujinshi (czytaj: fanowskie
pornosy. Nawet tam jednak udaje się natrafić na prawdziwe perełki, prawdziwe,
dopieszczone historie, z mnóstwem autentycznych postaci, solidnym warsztatem
artystycznym i dużym budżetem. Nie mówiąc o pozostałych gatunkach, gdzie
najlepsi autorzy stali się prawdziwymi gwiazdami w swoim kraju – i czasem za
granicą, jak Hayao Miyazaki. Śmiem twierdzić, że 90% filmów trafiających na
duży ekran zrobiłoby pewnie niemałe wrażenie na #czarnolistujących lolicony –
od produkcji sławnego studia Ghibli, przez głębokie i mroczne światy Akiry czy
Ghost in The Shell po absolutnie odjechane filmy pokroju Redline. Wystarczyłoby
tylko przymknąć oko na medium historii i potraktować animację jako alternatywną
formę wyrazu.
Animacja jest wspaniałą dziedziną
sztuki, dającą najwięcej możliwości przekazu projektantom i studiom filmowym –
można wykreować naprawdę fantastyczne światy przy ułamku kosztów Hollywood. Taka
jest moja oficjalna wersja, i moja żona ją podtrzymuje – czarodziejskie klimaty
rodem z „latającego zamku Hauru” czy „mojego sąsiada Totoro” są dla Hollywood
nieosiągalne, gdyż zrealizowaliby je całkowicie inaczej, po amerykańsku. W
ogóle japońskie podejście jest mocno pragmatyczne – lubują się w ukazywaniu „prozy
życia codziennego”, co dla Zachodu jest nudne i bez sensu. Dlatego większość
ludzi stykających się z anime po raz pierwszy jest zaciekawionych dlaczego oni
tak bardzo kładą nacisk na pokazywanie przygotowywania jedzenia i wspólnych
posiłków, sprzątania, kąpania się – wszystkich tych rzeczy które normalnie nie
są interesujące, ale w filmach/serialach służą pokazaniu relacji rodzinnych. Wiemy,
kto za co odpowiada, kto jest najważniejszy, czy w domu członkowie rodziny
utrzymują dobre relacje, i wzajemnie sobie pomagają, czy wręcz przeciwnie.
Japończyk to człowiek społeczny, który bez przestrzegania norm społecznych jest
wykluczony z komórki do której należy, na Zachodzie kult indywidualizmu nadal
ma się dobrze – w naszych filmach bardziej podkreśla się to, co nas odróżnia od
innych, niż to co łączy.
Dlatego tak dobrze się to ogląda
po latach chłonięcia zachodnich seriali i filmów. Podejście jest całkowicie
inne, cel jest inny, historie są dojrzalsze, i pełniejsze. Anime stanowi dobrą
odskocznię od codziennego, typowego pasma TV. Nie ma non-stop gadki o tym, jacy
to powinniśmy być wyjątkowi, bo jesteśmy wyjątkowi – tylko trzeba na to
spojrzeć z innej perspektywy, i dostrzec, co w życiu goniąc za pieniądzem
tracimy.
Komentarze
Prześlij komentarz